Fundacja Szekla

Wojtek Załustowicz

Wolontariusz

Wojtek Załustowicz
Wojtek Załustowicz

Zwykły człowiek niezwykłego Boga.
Zamiatacz peronów, doręczyciel listów, kierowca, realizator dźwięku, radiowiec, konferansjer, animator, promotor, producent eventów, organizator imprez sportowych, telewizyjnych, festiwali i koncertów. Właściciel zakładów fryzjerskich, agencji reklamowych, pierwszej w Polsce kawiarni rowerowej. Tata Martyny i dziadek Franka. 

Jak to się wszystko zaczęło? 
Żeglarstwo pojawiło się w moim życiu jak miałem 6 lat i przez kolejne pięć było wielką traumą... TAK! Mój o sześć lat starszy brat, chcąc jeździć do klubu żeglarskiego w pod poznańskim Kiekrzu, musiał zabierać mnie ze sobą – tak kazali rodzice. Bratu nie było to na rękę i wszystkie swoje niepowodzenia sportowe i frustracje życiowe, wyładowywał na mnie. Był to ciężki czas w moim dzieciństwie. Nienawidziłem brata, rodziców, weekendów i wakacji na łódkach w Kiekrzu. Wieczny strach i niechęć do żagli, towarzyszyły mi bardzo długo. Dopiero z czasem, jak dorosłem i zacząłem pływać z rówieśnikami, kiedy trenerzy zaczęli widzieć we mnie talent i pojawiły się pierwsze sukcesy, żeglarstwo regatowe bardziej zaczęło mi się podobać i uwierzyłem w siebie. W klubie poznałem mnóstwo wartościowych i ciekawych osób, gdzie z wieloma z nich utrzymuję kontakty do dziś. To w klubie poznałem trenerów, nauczyłem się jeździć na nartach, zakochałem się po raz pierwszy. Mój pierwszy trener Jasiu Szczyglewski, oprócz mozolnej nauki żeglowania, uczył mnie szacunku, wytrwałości, odwagi i koleżeństwa. Był jak Ojciec i przyjaciel, prawdziwy trener. Kocham go za to do dziś.  

Żeglarstwo w różnych formach uprawiam od 45 lat. 
Jest to moja pasja, którą zarażam innych, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Doświadczenie zdobywałem w rożnych klubach, na jachtach wyczynowych i turystycznych oraz na desce surfingowej. Pływałem na łódkach regatowych i konstrukcjach kabinowych, po pięknych akwenach Chorwacji, Holandii, Sardynii, Szwecji oraz słonecznej Italii. Jak wspomniałem wcześniej, przez wiele lat rozwijałem swoje umiejętności w zakresie animacji i organizacji imprez. Obecnie, dzięki połączeniu doświadczeń organizacyjnych z miłością do żagli, realizuję się jako instruktor żeglarstwa, w pracy dającej mi ogromną przyjemność i satysfakcję. Od dwóch lat z radością dzielę się swoim czasem, wiedzą żeglarską, oraz znajomością topografii Wielkich Jezior Mazurskich, współpracując ze Szkołą Żeglarstwa Szekla. To w Szekli poznałem Grzegorza Piątkowskiego i Wojtka Nowaka oraz całą rzeszę przesympatycznych instruktorek i instruktorów żeglarstwa.

Dlaczego Fundacja?
Jak poznałem fundację, jej cele i plany, to cofnąłem się do czasów swojego dzieciństwa. Powróciły wspomnienia… Tak, nie jest wstydem przyznać, że wychowałem się w domu, gdzie brakowało miłości, szacunku, braterstwa i ojcostwa. Alkohol zniewolił ojca, praca pochłonęła matkę, która musiała ciężko pracować i zarabiać na czwórkę dorastających dzieci. My z rodzeństwem, jak liście na wietrze, jak bezpańskie psy, samopas zdani jedni na drugich, z wieloma problemami. Strach, ból, tęsknota, płacz – powróciły tamte trudne czasy. Za każdym razem, kiedy Wojtek lub Grzegorz na powitaniu i zakończeniu kursów żeglarskich, opowiadają o Fundacji i Rejsach Charytatywnych dla dzieci, które od lat organizują, to w mojej głowie pojawiają się łzy i zaciśnięte gardło. Poznając fundację postanowiłem, na tyle na ile będę mógł, wesprzeć każde działanie i zaangażować się całym sobą w pracę wolontariusza.

Młodzież z domu dziecka, którą miałem na jachcie podczas tegorocznego rejsu socjoterapeutycznego, wiele mnie nauczyła! Spędziłem z nimi jeden z najpiękniejszych i najważniejszych tygodni mojego życia. Młodzież, z którą wiele rozmawiałem, jadłem, spałem, żeglowałem, opowiadałem kawały, śpiewałem, bawiłem się i płakałem. Młodzież, której mogłem powiedzieć prosto w oczy, że nieważne co teraz przechodzą, w jakich ciężkich są sytuacjach, jak bardzo mocno boli ich życie, mogłem im mówić, że to wszystko się zmieni i minie. Ciekawi młodzi ludzie z tęsknotą w oczach... za miłością, za szacunkiem, za poczuciem własnej wartości. Dzieciaki, którym mogłem powiedzieć, że muszą uwierzyć w siebie i nikt nie ma prawa im mówić, że są gorsi od innych. Bez względu na to, jak ich inni teraz oceniają, warto w życiu walczyć, podążać za swoimi marzeniami i nigdy się nie poddawać. Byliśmy razem, byłem jednym z nich – tylko nieco starszy, ale z tym samym bagażem. To był cudowny czas... Bóg jednak wie co robi.
Cieszę się, że ich spotkałem na swojej drodze, ponieważ ta przygoda pozwoliła mi głęboko zajrzeć w siebie.
Dlatego Fundacja !!! – Ja pomagam, a TY ?