Fundacja Szekla

Mój pierwszy rejs z Fundacją SZEKLA

Wolontariusz - Monika Wilk

Mój pierwszy rejs z Fundacją SZEKLA

Dżuma nigdy nie była moją ulubioną książką, a Camus nigdy nie zajmował zbyt wysokiego miejsca na liście moich ulubionych pisarzy. Od kilku miesięcy nie mogę jednak pozbyć się z głowy jego słów: Jeśli istnieje coś, czego można pragnąć zawsze i osiągnąć niekiedy, to jest to czułość ludzka. O czułości ludzkiej, a może bardziej o jej braku chciałabym Wam dziś opowiedzieć.
 
W województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie giżyckim, przy drodze krajowej nr 59 leży niewielka miejscowość Wilkasy. Jak podaje poetycko Wikipedia miejscowość ta stanowi południowe przedmieście stolicy powiatu i mieszka w niej 1540 mieszkańców. To tam ponad pół roku temu rozpoczęła się historia, którą chciałabym Wam opowiedzieć. 

Cofnijmy się na chwilę w czasie.

Jest 19 sierpnia 2018 r. Mamy 231 dzień roku, słońce wzeszło o 5:25 a imieniny obchodzą Bolesław, Juliusz, Jan i Andrzej. Nietypowe święta: Międzynarodowy Dzień Latarni Morskich, Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej, Światowy Dzień Fotografii. Jak widać każdy dzień ma znaczenie.
 
W tym roku w Wilkasach, a dokładniej mówiąc w Resorcie Niegocin jestem piąty raz. Tym razem w roli wolontariusza na socjoterapeutycznym rejsie dla dzieci i młodzieży organizowanym przez Fundację Szekla. 

Jak się tam znalazłam? 

Można powiedzieć, że trochę z przypadku. A może, to nie był przypadek? Stasiuk pisał, że są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan. Nie wszystkie plany rozumiemy, nie ze wszystkimi planami jesteśmy się w stanie pogodzić, ale mija czas, który minąć musi i z tym przemijaniem przychodzi życiowa lekcja, która pomaga z przeszłości czerpać siły na kolejny dzień.

Pierwszy raz o fundacji jej działaniach i podopiecznych usłyszałam podczas kursu na patent żeglarza od niezwykłego człowieka, zwykłego Boga – Wojtka. Wojtek z ogromną determinacją i poświęceniem codziennie przybliżał kursantom historie podopiecznych fundacji, opowiadał o misji i celach organizacji, prosił o wsparcie dla dzieciaków, które same nie mogły tego zrobić. 

Obok szczerości i bezinteresowności Wojtka nie możesz przejść obojętnie. Szybko zaangażowałam się w pomoc fundacji, z jednej strony zgłaszając się jako wolontariusz na rejs socjoterapeutyczny z drugiej, jako osoba poszukująca środków na jego organizację. 

Kilkanaście dni przez rozpoczęciem rejsu dostałam maila od Grześka prezesa fundacji. Ahoj, witam na pokładzie! Początkowy entuzjazm zamienił się na chwilę w wątpliwości. W mojej głowie pojawiły się pytania, czy dobrze robię, czy poradzę sobie z tak silnymi emocjami, zwłaszcza teraz kiedy nie do końca uporałam się jeszcze ze stratą kogoś bardzo mi bliskiego. Rejs socjoterapeutyczny. Kto go bardziej potrzebuje, ja czy one? 


Dzieciaki przyjechały do Resortu Niegocin po południu w niedzielę 19 sierpnia. Część została przywieziona prze opiekunów z domu dziecka, cześć odprowadzali rodzice. W tym roku z fundacją płynęły dzieci z Domu nad Potokiem jednostki wychowawczej Fundacji Nadziei dla rodziny z Gdańska, Domu w Pogórzu, którym opiekuje się Fundacja Rodzinny Gdańsk, a także podopieczni GOPS Miłki, oraz  MOPS z Giżycka. Aż trudno było uwierzyć, że dla większości z tych dzieci, które urodziły się i wychowywały na Mazurach, rejs organizowany przez Szeklę był pierwszym kontaktem z żaglami. 

Niektóre dzieci znały się z poprzednich edycji obozu, inne płynęły pierwszy raz i te były bardziej przestraszone, niepewne tego, co czeka ich przez kolejny tydzień. Dla niektórych dzieciaków głównie podopiecznych GOPSów i MOPSów ten turnus był pierwszym wyjazdem z domu na dłużej. Z domu, w którym nie zawsze mają spokój, z domu, w którym nie zawsze czują się bezpieczne, z domu, w którym codziennie czeka na nich szereg zajęć i obowiązków.  Większość dzieci zamiast czuć radość z wyjazdu, czuła poczucie winy. Czas wolny, czas zabawy, beztroski jest dla nich komfortem, na który nie zawsze mogą sobie pozwolić. 

Podczas zakwaterowania na jachtach jeden z naszych najmłodszych podopiecznych panicznie boi się wejść na pokład. Jego ojciec zginął na statku. Podobną traumę w dzieciństwie przeżył Grzesiek prezes fundacji. Przeszłość łączy, pozwala dużo zrozumieć. Mały po rozmowie z Grześkiem zostaje z nami do końca turnusu. 

Grzesiek.

Grzesiek jest prezesem Fundacji. Żeglarz, marketingowiec, miłośnik modelarstwa, ojciec i mąż. Wychował się w rodzinie żeglarzy. Jego mama w wieku 18 lat uciekła z domu i popłynęła w dwumiesięczny rejs na Wyspy Owcze, następnie jako jedyna kobieta studiowała w Akademii Morskiej w Gdyni. Ojciec był nauczycielem WF-u, sportowcem i żeglarzem. Zginął na morzu, gdy Grzesiek miał 6 lat. 

Wiem, jak bardzo dziecko potrzebuje ojca, jak dziecko, które go nie ma, szuka wzorców do naśladowania, jak mocno pragnie, aby ktoś nim pokierował. Dziś sam jestem ojcem wspaniałego trzynastolatka. Syn powinien wychowywać się przy silnym, mocnym mężczyźnie, z którego może czerpać wzorce. Ja nie miałem takiej możliwości, mimo że moja mama dzielnie starała się zapewnić mi odpowiednie wykształcenie i wychowanie. Wiem, że nigdy nie zastąpię tym dzieciom ojca, ale wiem też, jak bardzo potrzebują one choć chwili uwagi od dorosłego, który je wysłucha, zrozumie i pokieruje. Dlatego pomagam. – odpowiada Grzesiek zapytany o to, dlaczego związał się z Fundacją Szekla. 

W tegoroczny rejs wypływamy w 7 jachtów. Na każdym jachcie zakwaterowanych jest sześcioro dzieci i 2 opiekunów. Opiekunów wolontariuszy. Instruktorów ze szkoły żeglarstwa Szekla, byłych kursantów, przyjaciół fundacji. Fundacja nie zatrudnia pracowników, wszystkie funkcje pełnione są w niej społecznie. 

Pierwsze zajęcia, to czas, aby się lepiej poznać, przełamać pierwsze lody, zawiązać pierwsze znajomości. Podczas ogniska otwierającego obóz specjalnie dla dzieciaków występuje zespół szantowy. Dzieciaki razem z nami uczą się pierwszych piosenek. Wśród szant zdecydowanie wiedzie prym 10 w skali Beauforta.  Dzieci bez względu na wiek od pierwszych godzin lgnął do opiekunów, szukają ich akceptacji, zwracają na siebie uwagę w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Każde z tych dzieci szuka u dorosłych czułości, której tak bardzo brakuje im na co dzień. 


Każdy dzień obozu rozpoczynamy od porannego rozruchu. Pierwsze zajęcia sportowe prowadzi Mistrz Polski w judo. Po porannych ćwiczeniach czas na sprawdzenie umiejętności pływackich. Jedna z dziewczynek nie chce brać udziału w teście, jak się okazuje nie ma stroju. Pożyczam jej swój, a w mojej głowie pojawia się myśl w przyszłym roku, trzeba może pomyśleć o strojach w pakietach, które rozdajemy dzieciakom.  W tym roku znalazły się w nich między innymi koszulki, ręczniki, śpiwory. Rzeczy, których brakowało naszym podopiecznym w ubiegłych latach. 

Fundację wspiera wiele osób. Jedną z nich jest Pani Anna Wojszko stomatolog z Giżycka, była kursantka Szekli, dzięki której wszystkie dzieci na początku rejsu przeszły kurs z higieny jamy ustnej, a także został im zrobiony profesjonalny przegląd stanu uzębienia w przychodni, którą prowadzi Pani Ania. 

Ruszamy w rejs. 

W pierwszy rejs płyniemy do Bogaczewa, gdzie gości nas port Marina EVELYN. Po przybyciu na miejsce właściciele witają nas ciepłym posiłkiem. Po obiedzie organizujemy zawody sportowe, wieczorem wspólne ognisko. Dzieciaki coraz bardziej zbliżają się do siebie, coraz bardziej otwierają się przed nami. 

W dniu edukacji regionalnej odwiedzamy Zamek w Rynie. Wspólnie poznajemy jego historię dowiadują się co łączy piratów i krzyżaków. Po południu pracujemy z dziećmi na zajęciach socjoterapeutycznych. Jedne z nich prowadzi Paulina, wolontariuszka, żeglarka, psycholog. Dzieciaki uwielbiają Panią Polę. Bardzo szybko otwierają się przed nią, powierzają jej swoje tajemnice, proszą o rady, obdarzają zaufaniem. 

W tym roku pływamy z dzieciakami w bardzo różnym wieku. Nasi najmłodsi podopieczni mają sześć lat, najstarsi siedemnaście. Nie zawsze jest między nimi idealnie. Nie zawsze dzieci potrafią poradzić sobie ze swoim problemami, z niską samooceną, brakiem akceptacji, wykluczeniem. Często ich reakcją obronną jest agresja nie tylko fizyczna, ale i słowna, emocjonalna. Wielu z naszych podopiecznych zażywa leki przeciwdepresyjne i przeciw lękowe. Świadomość tego jest dla mnie wstrząsająca. 

W kolejnym dniu naszego obozu odwiedzamy Mikołajki.  Główną atrakcją tego dnia jest wizyta w Aquaparku Tropikana. Tuż po obiedzie Grzesiek zbiera wszystkich opiekunów do siebie, chce się poradzić nas w delikatnym temacie. Dwie dziewczynki biorące udział w naszym rejsie mają bardzo zniszczone obuwie. Grzesiek proponuje, aby z konta fundacji kupić im nowe buty. Razem z dwójką wolontariuszy zabiera dziewczynki na pierwsze od bardzo dawna, a może pierwsze w ogóle zakupy, gdzie same mogły wybrać sobie, to co im się podoba. W sklepie nasz podopieczne spotyka kolejna niespodzianka – prezent od firmy. Na basen dziewczyny idą już w swoich pięknych nowych butach i czapeczkach ufundowanych przez sklep. Zawstydzone, onieśmielone, ale co najważniejsze szczęśliwie dzieciaki mówią nam, że to jedne z najszczęśliwszych dni w ich życiu. Chwilami bardzo trudno jest mi opanowywać wzruszenie.  

W czwartek odwiedzamy port w Szymonce. Spędzamy w nim magiczny czas dzięki zajęciom przygotowanym przez Wojtka – pomysłodawcę i założyciela Fundacji Szekla. 

Wojtek. 

Wojtek, to człowiek orkiestra. Żeglarz, nurek, pilot, maratończyk, narciarz, grotołaz, alpinista. Kiedyś zapytał go, jak to się wszystko zaczęło. Co mi odpowiedział?

Z moimi dziećmi żegluję od kilkunastu lat, w ten sposób spędzamy razem część wakacji. Widzę, ile daje im każdy taki wyjazd, jak się usamodzielniają, jak radzą sobie w innych niż domowe warunkach, jak umieją bezpiecznie zachowywać się nad wodą i nie tylko, jak ćwiczą samodyscyplinę. Od czasów własnych studiów pracuję z młodzieżą, ucząc ich żeglarstwa i pokazując, że świat pod żaglami jest może wymagający, ale też bardzo atrakcyjny. Rozwijając firmę, poczułem, że nie chcę skupiać się tylko na ekonomicznych aspektach prowadzenia biznesu, że mam czas i przestrzeń, by żeglarstwo pokazywać nie tylko tym, którzy mogą zapłacić za rejs czy kurs. Dlaczego Fundacja?
Kilka lat temu będąc w sklepie, spotkałem dziewięcioletnią dziewczynkę. Poprosiła mnie o 10 zł.  Zapytałem, po co jej te pieniądze. Chciała kupić jedzenie. Do koszyka włożyła olej, mąkę, ryż, same podstawowe produkty. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o swojej sytuacji i zrobiliśmy zakupy za wszystko, co miałem wtedy w portfelu. Dziewczynka wybierała rzeczy jak najtańsze i najbardziej sycące. Dopiero na końcu zapytała, czy mogłaby kupić również czekoladę, ponieważ ma czworo młodszego rodzeństwa i na pewno ucieszyliby się z takiego prezentu. Wracałem do domu ze ściśniętym sercem. Pomyślałem, że chciałbym zrobić coś, co pomoże takim dzieciakom, co będzie dla nich wsparciem, odskocznią. Tak powstał pomysł charytatywnych wakacyjnych rejsów dla dzieci i Fundacja Szekla. Z potrzeby serca, chęci podzielenia się pasją i wiedzą z dziećmi, które na co dzień doświadczają wielu życiowych trudności, są samotne i zagubione.

Wojtek na ostatnią noc przed powrotem do macierzystego portu w Wilkasach zaplanował coś wyjątkowego nie tylko dla naszych podopiecznych, ale i dla nas opiekunów. Po wieczornym apelu zgromadziliśmy się wszyscy na polanie portu, gdzie w świetle żarzącego się chodnika ognia, przy odgłosach jembe poznaliśmy historie Zulu, afrykańskiego chłopca, który pomimo licznych przeciwności losu z determinacją szukał i znalazł swoje miejsce w życiu. 

Opowieść Wojtka była magiczna, poruszająca. Chyba pierwszy raz podczas całego wyjazdu wśród naszych podopiecznych zapanowała kompletna cisza. W życiu wszystko jest możliwe, wystarczy tylko chcieć. My opiekunowie udowodniliśmy, to przede wszystkim sobie przechodząc pod okiem Wojtka po płonących ogniach. A może zrobiliśmy, to bardziej dla naszych dzieciaków? 

Do Resortu Niegocin wróciliśmy w piątek. Nasz tygodniowy rej zakończył się 25 sierpnia w dniu moich urodzin. Nie mogłam dostać lepszego prezentu od losu.   

Monika Wilk
01.02.2019